

Tutaj wasz ukochany Guziczek, który w ostatni weekend stał się żeglarzem, piratem i Merlin jeden wie kim jeszcze. Pływałam w kajaku-bliźniaku, poznałam plemię czarnostioopych uczniów klas mat-fiz i human, spotkałam uroczą żabólkę imieniem Szczepan i równie słodkiego ślimaczka o imieniu Zygfryd. Ale zacznijmy po kolei. W zeszły piątek Guzik ze swoją klasą i pojedynczymi osobnikami z humana wybrał się na rajd. Rajd nie daleko bo na Roztocze. A wszystko zaczęło się na dworcu głównym gdzie tak jakoś po dziewiątej trzydzieści, odjechaliśmy pociągiem w stronę Zwierzyńca, przez Zamość, przesiadając się w ciapciąg do Rzeszowa Gł. Kiedy w końcu dojechaliśmy do Zwierzyńca, uratowaliśmy piłkę Miszy z pod mostku, odwiedziliśmy słynny kościółek na wodzie, odmówiliśmy zwiedzenia muzeum ruszyliśmy nad Echo. Dla biednych nie znających świata istotek podpowiem, że Echo jest to jezioro przy Zwierzyńcu, z którego można podziwiać roztoczańską hodowlę konika polskiego. Na plaży zagraliśmy sobie w kartofla, ja porobiłam trochę zdjęć, a chłopcy Tyci i Misza nakreślili na piasku granice boiska do nogi, było pole karne, linie końcowe i takie tam. Oprócz tego J...-owi udało się złapać kaczkę. Ale było to możliwe jedynie dzięki pracy zespołowej z innymi chłopakami, którzy ją otoczyli. A potem J..... był dla niej bardzo nie miły, złapał ją za szyję i ona tak strasznie piszczała, i mogło się jej coś strasznego stać, a potem została nią puszczona kaczka =.=.

Po jakże fascynujących zabawach, zmasowanym ataku dzikich kaczek i żabek ruszyliśmy w dalszą drogę.
Szliśmy tak już chyba szósty dzień,
A drogi jakoś wcale nie ubywa
Czasem świeci słońce, czasem pada deszcz
W tym roku góry, jakieś takie...
W czasie drogi do Guciowa doszło do tego, że czterech chłopców przeszło tak jakoś około dwanaście kilometrów na bosaka (ze Zwierzyńca do Guciowa) po żwirkach (i muchomorkach), igłach, kamieniach, liściach, błocie i o ile te wszystkie trudności znosili z mniejszą lub większą powściągliwością to próba betonu ich przemogła i przyniosła do ich serc zwątpienie. Mimo jednak tego ciężkiego wyzwania, oni nie poddali się i szli dalej nie zważając na wszystkie przeciwności losu. Czekała ich jednak nagroda jaką były wielkie, przewspaniałe kałuże błota. Doszli do tego, że nie rozumieją jak można płacić za kąpiele błotne w spa, skoro dookoła jest tak wiele błota.
Kiedy trafiliśmy pod sklep w Guciowie wykupiliśmy cały zapas kiełbasy jaki pani miała, oprócz tego ze sklepowych półek poznikały również paczki chipsów, paluszków, cukierków, ciastek, keczupu i wielu innych artykułów spożywczych. Całe to jedzenie trafiło na naszą kolację. Po całym dniu na nogach nawet okropna, tłusta "kiełbasa" smakuje wyśmienicie, a jeśli przy okazji w twarz wieje ci ogniskowy dym to czujesz się prawie jak w niebie. Jako wytrwały Roztoczańczyk postanowiłam podzielić się moją wiedzą z resztą rajdowiczów. Powiedziałam im tają i poufną informację jaką jest fakt, że na Roztoczu komary gryzą tylko do dwudziestej drugiej, potem atakuje już tylko meszka. Oczywiście nie uwierzyli mi... no idioooci. Przecież wszyscy ludzie ze wsi o tu wiedzą. Oczywiście gdy po dziesiątej okazało się, że miałam rację nikt mi jej nie przyznał. Jeśli zaś interesuje was co się działo przy naszym ognisku to nie było to nic szczególnego. Śpiewaliśmy przeróżne piosenki (zależy kto trzymał w danej chwili gitarę Tyci czy I**). Było bardzo przyjemnie. Gdzieś tak po dwunastej większość sierot poszła spać, jednak nie którzy co wytrwalsi (ja byłam w tej grupie) poszli pograć w Sabotażystę, Uga Buga i Jungel Speed... przegrałam we wszystkie z nich =_=". Oprócz tego stwierdziliśmy, że wszystko jest psychodeliczne, a ja również chcą się podzielić moim zdaniem stworzyłam nowe słowo zaczynające się na "psycho" a kończące się na sama nie wiem co. A tak w ogóle to jest teraz 21.21 hehehe....

Następnego dnia mieliśmy kajaki. Nasz miał nawet maskotkę ślimaka imieniem Zygfryd. Był nie za duży, miał ładną uroczą muszeleczke i urocze czułki albo rogi jak ktoś woli. Misza i Tyci chcieli nas wszystkich powywracać, ale im się kajak popsuł i zaczęli brać wodę i im się nie udało. Natomiast ja z moim partnerem i I** i J.... tworzyliśmy bliźniaka i płynęliśmy razem... arrr. Bawiliśmy się w aportowanie prezentów, i dawaliśmy je sobie nawzajem. Na przykład wymieniłyśmy się naszymi mokrymi bluzkami, które i tak w końcu wszystkie miałam ja.
Ile wioseł potrzebnych jest by porwał Guzika prąd...?
Nie zero... trzy.
No właśnie rzeka mnie porwała i T^^^^^^ musiał wskoczyć do wody i po mnie iść. Bo z trzema wiosłami nijak nie miałam jak płynąć.
Na końcu cali mokrzy zostaliśmy przytransportowani na kociołek, a potem miły pan co nam kajaki wypożyczył zawiózł nas do Zamościa i wróciliśmy do domu.
arrrrr....