piątek, 29 czerwca 2012

WAKACJE!


Cześć, tu Hanami.

Gratuluje wszystkim ukończenia tego jakże ciężkiego roku szkolnego! Mam nadzieję, że wszyscy są zadowoleni z wyników w nauce oraz z tego, co miało w nim miejsce(nie chwaląc się ja się cholernie cieszę xD)
Ten rok szybko minął prawda? Mam wrażenie że minął najwyżej miesiąc od dnia rozpoczęcia kiedy to zestresowana siedziałam na ławeczce przed fontanną.
Niedługo kończę oglądanie Fairy Tail więc może będzie więcej notek ode mnie.Jestem na 100 odcinku i nic nie mogę na to poradzić, że nie mogę się oderwać choćby na chwilkę. Chociaż Metsu mnie pewnie namówi na kolejne anime. Tylko że jak ja coś zacznę to nie spocznę, póki nie skończę. Obecnie jestem zakochana w Grayu i Jellalu. Chociaż nie powiem, Natsu też nie da się nie kochać.

Na koniec parę fotek. Jest co świętować więc trzeba było trochę zaszaleć :3





































Ps. Całe wakacje przed nami! Czas na wielkie planowanie rzeczy, których i tak nie zrobimy!!!

czwartek, 28 czerwca 2012

Ahoooj żeglarze

Tutaj wasz ukochany Guziczek, który w ostatni weekend stał się żeglarzem, piratem i Merlin jeden wie kim jeszcze. Pływałam w kajaku-bliźniaku, poznałam plemię czarnostioopych uczniów klas mat-fiz i human, spotkałam uroczą żabólkę imieniem Szczepan i równie słodkiego ślimaczka o imieniu Zygfryd. Ale zacznijmy po kolei. W zeszły piątek Guzik ze swoją klasą i pojedynczymi osobnikami z humana wybrał się na rajd. Rajd nie daleko bo na Roztocze. A wszystko zaczęło się na dworcu głównym gdzie tak jakoś po dziewiątej trzydzieści, odjechaliśmy pociągiem w stronę Zwierzyńca, przez Zamość, przesiadając się w ciapciąg do Rzeszowa Gł. Kiedy w końcu dojechaliśmy do Zwierzyńca, uratowaliśmy piłkę Miszy z pod mostku, odwiedziliśmy słynny kościółek na wodzie, odmówiliśmy zwiedzenia muzeum ruszyliśmy nad Echo. Dla biednych nie znających świata istotek podpowiem, że Echo jest to jezioro przy Zwierzyńcu, z którego można podziwiać roztoczańską hodowlę konika polskiego. Na plaży zagraliśmy sobie w kartofla, ja porobiłam trochę zdjęć, a chłopcy Tyci i Misza nakreślili na piasku granice boiska do nogi, było pole karne, linie końcowe i takie tam. Oprócz tego J...-owi udało się złapać kaczkę. Ale było to możliwe jedynie dzięki pracy zespołowej z innymi chłopakami, którzy ją otoczyli. A potem J..... był dla niej bardzo nie miły, złapał ją za szyję i ona tak strasznie piszczała, i mogło się jej coś strasznego stać, a potem została nią puszczona kaczka =.=.
 
Po jakże fascynujących zabawach, zmasowanym ataku dzikich kaczek i żabek ruszyliśmy w dalszą drogę.

Szliśmy tak już chyba szósty dzień, 
A drogi jakoś wcale nie ubywa 
Czasem świeci słońce, czasem pada deszcz 
W tym roku góry, jakieś takie...



W czasie drogi do Guciowa doszło do tego, że czterech chłopców przeszło tak jakoś około dwanaście kilometrów na bosaka (ze Zwierzyńca do Guciowa) po żwirkach (i muchomorkach), igłach, kamieniach, liściach, błocie i o ile te wszystkie trudności znosili z mniejszą lub większą powściągliwością to próba betonu ich przemogła i przyniosła do ich serc zwątpienie. Mimo jednak tego ciężkiego wyzwania, oni nie poddali się i szli dalej nie zważając na wszystkie przeciwności losu. Czekała ich jednak nagroda jaką były wielkie, przewspaniałe kałuże błota. Doszli do tego, że nie rozumieją jak można płacić za kąpiele błotne w spa, skoro dookoła jest tak wiele błota.





Kiedy trafiliśmy pod sklep w Guciowie wykupiliśmy cały zapas kiełbasy jaki pani miała, oprócz tego ze sklepowych półek poznikały również paczki chipsów, paluszków, cukierków, ciastek, keczupu i wielu innych artykułów spożywczych. Całe to jedzenie trafiło na naszą kolację. Po całym dniu na nogach nawet okropna, tłusta "kiełbasa" smakuje wyśmienicie, a jeśli przy okazji w twarz wieje ci ogniskowy dym to czujesz się prawie jak w niebie. Jako wytrwały Roztoczańczyk postanowiłam podzielić się moją wiedzą z resztą rajdowiczów. Powiedziałam im tają i poufną informację jaką jest fakt, że na Roztoczu komary gryzą tylko do dwudziestej drugiej, potem atakuje już tylko meszka. Oczywiście nie uwierzyli mi... no idioooci. Przecież wszyscy ludzie ze wsi o tu wiedzą. Oczywiście gdy po dziesiątej okazało się, że miałam rację nikt mi jej nie przyznał. Jeśli zaś interesuje was co się działo przy naszym ognisku to nie było to nic szczególnego. Śpiewaliśmy przeróżne piosenki (zależy kto trzymał w danej chwili gitarę Tyci czy I**). Było bardzo przyjemnie. Gdzieś tak po dwunastej większość sierot poszła spać, jednak nie którzy co wytrwalsi (ja byłam w tej grupie) poszli pograć w Sabotażystę, Uga Buga i Jungel Speed... przegrałam we wszystkie z nich =_=".  Oprócz tego stwierdziliśmy, że wszystko jest psychodeliczne, a ja również chcą się podzielić moim zdaniem stworzyłam nowe słowo zaczynające się na "psycho" a kończące się na sama nie wiem co.  A tak  w ogóle to jest teraz 21.21 hehehe....

Następnego dnia mieliśmy kajaki. Nasz miał nawet maskotkę ślimaka imieniem Zygfryd. Był nie za duży, miał ładną uroczą muszeleczke i urocze czułki albo rogi jak ktoś woli. Misza i Tyci chcieli nas wszystkich powywracać, ale im się kajak popsuł i zaczęli brać wodę i im się nie udało. Natomiast ja z moim partnerem i I** i J.... tworzyliśmy bliźniaka i płynęliśmy razem... arrr. Bawiliśmy się w aportowanie prezentów, i dawaliśmy je sobie nawzajem. Na przykład wymieniłyśmy się naszymi mokrymi bluzkami, które i tak w końcu wszystkie miałam ja.

Ile wioseł potrzebnych jest by porwał Guzika prąd...?
Nie zero... trzy.

No właśnie rzeka mnie porwała i T^^^^^^ musiał wskoczyć do wody i po mnie iść. Bo z trzema wiosłami nijak nie miałam jak płynąć.

Na końcu cali mokrzy zostaliśmy przytransportowani na kociołek, a potem miły pan co nam kajaki wypożyczył zawiózł nas do Zamościa i wróciliśmy do domu.




arrrrr....

piątek, 22 czerwca 2012

Tak więc.

Witajcie w drugim dni lata.


 Żal wena mi się skończyła....
-.-
-.-
-.-
-.-
-.-
-.-



Tak mniej więcej wygląda moje pisanie notek.
O zgrozo! Ostatnio zaczęłam używać tych przeraźliwych słów nierozerwalnie związanymi z 13-latkami, więc mimo wszystko obawiam się zacofu intelektualnego.
Ale chyba za póżno.
Ah... Chce mi się już do Kołobrzegu. Postanowiłam, że wstanę raz albo więcej na wschód słońca. I postaram się uwiecznić to na zdjęciach, obawiam się jednak, że aparat nie odda piękna tego momentu.
Tata upiera się na kamerę ale ja mam mamę po swojej stronie:)
Tata vs. Mama <=> 0:1 000 000 000 000
Boże. Tata się bawi odkurzaczem( Puf, puf! Sierżancie! Patrz na matkę! I puf,puf! Jak robi tak to ja z karabinu i ziuuum! ; "Ty chory jesteś!"-Mama okłada go ścierą -.-)
Ech...
Zimne lody z mleczną pianką i posypką po 2 zeta proszę.
*.*

czwartek, 21 czerwca 2012

Żeby Guzik nie czuł się za dobrze...

wiedząc, że tylko ona sama dodaje posty.
W każdym bądź razie, zdecydowałam się na dodanie jakiejś notki, bo jakoś tak tutaj pusto. No, z wyjątkiem Guzika, która ostatnio szaleje i wymiata. Pojawiła się w niej chyba jakaś specyficzna wena, bo dziewucha pisze, pisze i się napisać nie może...

W każdym bądź razie, temat dzisiejszego przemyślenia Chesire dotyczyć będzie... AZJI!! Ha! A jakże by inaczej. Jak już wiecie Chesire jest fanką wszelakiego, co Azjatyckie (z zawężeniem do Korei Południowej, Północnej, Chin, Tajwanu, Filipin oraz z lekka Japonii). Moje zainteresowanie Azjatami nie polega na słuchaniu k-pop'owych piosenek, jednocześnie zakochując się w skośnookich i jaraniu się tym, że są tacy słodcy. Moje zainteresowanie Azją dotyczy w głównej mierze ich specyficznej kultury. Jak każdy wie (dziewczyny z bloga z pewnością), że azjatycka kultura zdecydowanie różni się od europejskiej czy też amerykańskiej. Mentalność Koreańczyka czy też Japończyka będzie inna aniżeli obywatela Polski, USA, czy też Rosji. W dużej mierze ma na to właśnie kultura, w jakiej zostajemy wychowani. My, ludzie ze wschodniej Europy, wychowani w jarzmie postkomunistycznym wyznajemy inne wartości aniżeli tacy Chińczycy czy też Koreańczycy (o Japonii się nie wypowiem, bo nie wiem), którzy żyją zgodnie z zasadą konfucjanizmu, polegającą na szacunku dla osób starszych, przestrzeganiu hierarchii oraz bycia tzw. "czystym". Tyle w teorii. Bo jak to się ma w praktyce to nie powiem, bo jeszcze w Korei nie byłam. W każdym bądź razie, Korea Południowa, lekko zacofana pod względem nowoczesności w tradycji sprawia, że ja nadal wierzę w te wszystkie ideały, które w Europie w ogóle nie wypaliły. 

Zastanawiam się sama, czy nie żyć w zgodzie z konfucjańskim systemem ideologicznym, bo to naprawdę jest o wiele bardziej ciekawe aniżeli nasza polska ideologia polegająca na szanowaniu starszych, która objawia się tylko w autobusach, kiedy ustępujemy miejsca "dziadkom i babciom"chociaż i nie zawsze. Ta filozofia życia jakoś tak mi się bardzo spodobała, więc chyba zacznę ją stosować. 

Co wy na to?

środa, 20 czerwca 2012

Wymarzone złoto

Więc tak, nie żeby coś, ale dzisiaj odbył się finał biegów na orientację, ostatnia runda, ostatnia szansa na punkty i stanięcie na podium w gronie dwóch pozostałych szczęśliwców, który swoim potem, kolkami, urazami wszelkiej maści, często różnymi drobnymi oszustwami wywalczyli sobie miejsce na owych trzech stopniach, a po co. Po zdobycie jednego z trzech cieniutkich, zwykłych metalowych krążków, na biało-czerwonej wstążce. Jak zwykle zawodu zaczęły się z lekkim opóźnieniem (rozpoczęcie było o 10.30 zaczęło się za pięć jedenasta). Biada wszystkim licealistom i tej chmarze gimnazjałków i nie tylko, którzy tak jak my mieli swój wybieg dopiero koło godziny dwunastej. Wybiegłam za pięć dwunasta i od razu po wbiegnięciu na trasę stwierdziłam, że nie do końca wiem gdzie powinnam pobiec. Wybrałam sobie trasę na wprost zbiegłam z górki, wbiegłam w las i znalazłam się na kolejnym wzgórzu. Zwęszając trop prowadzący do pierwszego punktu wszystko się tak naprawdę zaczęło. Chaos, krzyki, dawanie "dobrych" rad innym graczom, które zazwyczaj kończą się tym, że pytający zostaje wysłany w pole. Nic tylko kochać wszystkich, pomocnych ludzi, o których zaradności i dobrych radach przekonali się na własnych skóra I** i Tyci. Spotykając na trasie osoby z mojej szkoły, które wybiegły przede mną sprawiało, że człowiekowi od razu jakoś milej się na duszy robiło, zaraz rozpalało to również w sercu płomyk nadziei, na kto wie może nawet na jakieś lepsze miejsce w klasyfikacji ogólnej.

Jak można opisać taki bieg w tak upalny i nienormalny dzień jak dziś horror. Żar leje się z nieba, a ty musisz zafindalać za punktami, za jakieś liche, nic nie warte nagrody, które i tak nie wiadomo czy otrzymasz. To jest strasznie demotywujące uczucie, ale ty i tak biegniesz dalej, bo wiesz, że w sumie, a nóż widelec może to właśnie tobie się dziś poszczęści.

Ostatnia prosta. Guzik zdopingowany okrzykami z widowni wytęża ostatnie siły i biegnie w stronę wielkiego dmuchanego napisu meta. Serce wali mu jak maleńkiemu koliberkowi po dwunastu szklankach espresso. Wkłada czip do punktu kontrolnego. Sekunda przed usłyszeniem tak upragnionego pipppp wydaje się ciągnąć godzinami, w końcu jednak słychać dźwięk i ta młoda zawodniczka wie, że bieg właśnie się skończył. Świadoma tego, że zwaliła przy pierwszym i dziewiątym punkcie pali ją niemiłosiernie. Dziewczyna powoli doczołguje się do punktu kontrolnego gdzie oddaje czip. Słabym głosem krzyczy coś w stronę znajomych o tym, by ktoś rzucił w jej stronę wodę. Serce wali jej jak szalone, w gardle nagle znikąd pojawia się wielka gula, która utrzymuje się w nim jeszcze długi czas.

Dzisiejszego dnia wiele osób zwaliło biegi. Mieliśmy wiele ofiar (mniej lub bardziej) śmiertelnych, które ten bieg przypłaciły życiem (no bez przesady, ale na pewno zdrowiem). Mimo dyskwalifikacji i tak wam gratulujemy.

Ostatnie minuty turnieju, wyczytują nazwiska pierwszego miejsca w kategorii KLIC (dla nie wtajemniczonych kobiety-liceum) A.... POMARAŃCZOWY GUZIK...! Powiedzmy sobie, że mimo wszystko do końca w to nie wierzyłam. Myślałam, że przez brak mej obecności na majowych biegach nie mam już szans na pierwsze miejsce. Jednak los chciał inaczej i od dzisiaj jestem dumnym właścicielem "ZŁOTEGO" medalu wojewódzkich zawodów biegów na orientację.

Na tym pragnę zakończyć moją dzisiejszą notatkę...

PS: Wszystkim Alicjom życzę jutro z okazji ich imienin wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i słodyczy, Guzik życzy :)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Historia paru znajomości

Postanowiłam przybliżyć Wam historię naszego spotkania.

 Na początku było nas cztery. A właściwie dwójka, patrząc przynajmniej z mojej perspektywy.
Himetsu i ja, poznałyśmy się pierwszego dnia podstawówki kiedy to nasza wychowawczyni rozdzielała nas parami. Zasiadłyśmy przy okleinowym blacie ( w zresztą wyjątkowej bo jedynej takiej ławce która tajemniczo odnajdywała nas w późniejszych latach nauki) i jakoś tak się zaczęło. Od wiecie takiego nieśmiałego "łyp, łyp" oczami do mazania sobie po podręcznikach i zeszytach i przelewania picia do butelek oraz wspólne picie z korków:) Byłyśmy nieśmiałe, nie wychylałyśmy się i tak poznałyśmy Guzika. O niej na pewno nie można było powiedzieć, że jest grzeczna i pełna pokory ale wtedy wydawała się samotnym i odrzuconym dzieckiem (Uwaga! Ja nadal pisze to tylko z mojej perspektywy!). Wkrótce przyjęłyśmy ją do swojego grona godząc się z tym, że wciąż pozostała dzika i nieoswojona. I jest taka nadal, czasami naprawdę trudno zrozumieć jej zachowanie i tok myślenia....:) A wraz z nią zawitała nasza bezprecedensowa Chesire fanatyk historii ( w podstawówce wymiatała ze starożytnych:)) i Azjatów. Ona potrafiła samą obecnością dodać człowiekowi odwagi i jakiejś takiej dziwacznej chęci do sama nie wiem czego. Zresztą wciąż to robi, a kiedy się spotykamy ona robi coś niespodziewanego i czasem naprawdę, przyznaje się bez bicia, udaję, że przyszłam tam zupełnie sama i w zupełnie innym celu.
 W czwartej klasie podstawówki dołączyła do nas jeszcze jedna istota. Człowiek o niezwykle silnej woli i pojemności mózgu-mój przyszły lekarz:) Niestety jeśli duże chęci często mało czasu i ta zasada idealnie tu się komponuje. Ale naprawdę podziwianie jej przychodzi mi z łatwością. Cóż mogę więcej powiedzieć.
 Rok później mieliśmy double presents! Jeden osmolił nam brwi a z drugiego wyskoczyła nam Hanami. Z nią zaczęło się od zwykłego krzesła które Guzik transportował nad swoją głową przez pół sali. I już biedaczka od pierwszych chwil wiedziała, że wpadła jak śliwka w kompot. Mamy tylko nadzieję, że lubi kompot:)
Co do drugiej osoby to pozwolicie, że przemilczę. Po prostu określę to tak: Cała nasza paczka tworzy jedną    istotę. Jeśli się zrani jedną z nas to boli wszystkie, ta osoba po prostu chyba stwierdziła, że nie jesteśmy tak fajne jak jej nowi koledzy i koleżanki i zabierając maleńki plecaczek ze wspomnieniami ruszyła dalej. Ja już dawno przestałam krwawić i pozostała mi tylko maleńka blizna i żal do samej siebie, że gdybym może bardziej się postarała to by było inaczej.
 No cóż, khe,khe miałam milczeć:)
W każdym razie pozostałyśmy tak nadal, czasem może oddalamy się od siebie a czasem jesteśmy tak strasznie blisko, że się aż dusimy.

Ta notka dedykowana jest Himetsu z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia:* Całuję cię przez szybkę bo pielęgniarka się będzie czepiać, że jej zarazki wnoszę:) No i do życzeń dołączam jeszcze Hanami bo wiem jak się strasznie o Ciebie martwi.

Hachimitsu

Puenty dzisiejszego dnia

...


"S.K:- jakie są wasze prośby
P.G:- wielkie sorko, wielkiej jak Teksas"

dalej
"dawno, dawno, dawno temu i gówno prawda"

a ostatnia to

"mhy... fajnie jakby wszystkie muszki zniknęły... ale wtedy umarły by ptaszki, a w takim wypadku mrówki zapanowały by nad światem o.O"


Łezka mi się w oku kręci

Kyaaaaaaa

Zakochałam się. Nieeeee, nie mam na myśli żadnego chłopaka, mężczyzny, ani żadnej osoby żywej, a nawet postaci z anime. Tym razem to piosenka. Jest piękna, chyba się zaraz poryczę. Po prostu łezka mi się w oku kręci. Siedzę sobie, czekam na zajęcia z brydża, słucham piosenki i ryczę jak bóbr. Ta piosenka pacznijcie sobie ^w^

Ta wersja tej piosenki jest piękna, zakochałam się w niej.
(patrz obok ==>)




niedziela, 17 czerwca 2012

POLSKA vs CZECHY

Witojcie ludzie (i inne istoty, które może to czytają) ostatnio wydarzyło się wiele fascynujących rzeczy. Takie na przykład EURO, tacy sobie Polacy mieli szansę pierwszy raz od wieeeeelu lat wyjść z grupy, a tu nie ma. Przecie to by było za proste. Jednak w sumie, ja się tam zawiedziona nie czuję, byliśmy jakby to powiedzieć "NIEPOKONANI" do ostatniego meczu. W ciągu tego tygodnia powstało wiele tekstów, które będą powtarzane jeszcze wieki. Takie na przykład "jak się rzuca Tytoń..., w lewo" albo "co u Smudy, bez zmian". Wczoraj w dzień tego jakże zacnego dnia znowu zostałam zaproszona na wspólne oglądanie meczu. Ważna sprawa, zapamiętać na przyszłość w czasie meczy nie siadać przy Maćku bo jak nam strzelają golę to butelki uczą się latać i zasyfiają cały świat. Nom, ale było fajnie. W ogóle to mam dodatek do Sabotażysty i jest epicki i w ogóle i musimy zagrać, i w ogóle to wypadało by się spotkać arrrrrrr... 

Czemu tylko ja się tu udzielam..? Smutno mi z tym arrrr....


Jeśli kogoś interesują zdjęcia z planszówko-meczu to zapraszam na mojego facika.

niedziela, 10 czerwca 2012

Mecz, gra o tron i spryskiwacze

Wszystko zaczęło się o 17.2coś kiedy razem z A** doszłyśmy pod JEGO dom. Po drodze dołączył do nas T******. Nie wierzcie mu, wcale się nie zgubiłyśmy, po prostu chciałyśmy poznać tą ulicę zupełnie z innej strony. Zresztą bardzo szybko się zorientowałam, że weszłam nie w tą uliczkę co trzeba. Kiedy doszliśmy do punktu naszego celu okazało się, że przyszliśmy pierwsi. Potem przez pokój filmowy przetoczyło się jeszcze wiele innych osób. Od ludzi dawno uznanych za zaginionych lub po prostu nie istniejących po znajomych ze szkoły i jakiś cichociemnych ktosiów chcących obejrzeć jedynie pierwszy mecz. (BUuuuuu nie było Akordeonisty TT___TT). Emocji było tak dużo, że szybko trzeba było otworzyć okno, ale może było to spowodowane po prostu dużą ilością osób. Przy pierwszym golu wszyscy wstaliśmy i zaczęliśmy krzyczeć, świętować i takie tam po prostu działo się, oj działo. W przerwie między połowami przeskoczyliśmy na turniej tenisa gdzie Djokovic grał z Federerem. Przeważająca ilość widzów była za Federerem (no oczywiście wszyscy oprócz mnie bo ja się nie znam na tenisie i to był w sumie mój pierwszy obejrzany kawałek meczu no i NIM, który jest wielkim fanem Djoko). Jeśli chodzi o mnie to... Djoko ma ładniejszą twarz arrrrr...

J(H)esus
Taka jest moja teoria. Wrócę jeszcze do meczu Polska Vs Grecja. Moim idolem stał się zawodnik z numerem 7 z drużyny Grecji tak zwany H(J)esus, który w rzeczywistości nazywa się Georgios Samaras. Kyaaaaaa... Przy bramce Greków miałam ochotę położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Żeby było zabawniej została ona strzelona w momencie kiedy wyszłam z pokoju. Chciałam sprawdzić czy przynoszę pecha drużynie Hesus'a i wychodziłam jeszcze parę razy, żeby dać im szansę do zdobycia bramki, ale sierotom się nie udało. Ja tam się cieszę z remisu, już na wstępie zakładałam, że przerżniemy, a tu takie zaskoczenie. Można by powiedzieć, że zagrali lepiej niż zakładałam, BRAWOOOO POLACYYY. Potem oglądaliśmy jeszcze mecz Rosja Vs Czechy. W tym momencie mecz oglądałam jakoś tak mało rozumnie. Położyłam się na jakiejś wielkiej pufie, parę razy zostałam z niej zrzucona, grałam sobie w coś jeszcze i było przyjemnie. Później zaczęliśmy grać w Grę o Tron. Znowu grałam Greyoyami, co znaczy, że ON siedział koło mnie jako Stark'owie. Dlaczego to ja zawszę muszę tam grać, żeby było zabawniej jeszcze razem z Prezesem zmówili się na mnie i cały czas, któryś z nich mnie atakował. Potem jeszcze dochodziło do różnych zmów, w których ja miałam atakować Prezesa, a ON w razie co miałby mnie wspierać, co w sumie raz nawet zrobił (kyaaaaaa). Ale w ogóle gdybyście zobaczyły moją "pozycję" to byście się chyba pokładały ze śmiechu. Leżałam sobie na wielkiej niebieskiej pufie. Na moich plecach nogi trzymał Prezes, na tyłku A**, a trzy centymetry od mojej twarzy siedziała Ta Kaleka Społeczna ON. W końcu po trzech godzinach gry z przerwami na odgrywanie scen szekspirowskich w ogrodzie gospodarza, bieganiem jak idiotki po balkonie i zabawach z niedźwiedziem wymyśliłam genialny plan ja będę iść do przodu z moją niepokonaną konnicą ON niby przypadkowo będzie zajmował tereny, które ja opuszczę i w ten sposób w końcu wygra i ta gra się skończy (yatta!!). A tak w ogóle zapomniałam wspomnieć, że ON strasznie się załamał tym remisem i potem do końca dnia i do czwartej w nocy mocno zamulał i kiedy w końcu udało nam się skończyć tę grę (Dżonny wygrał) poszliśmy do ogrodu i postanowiliśmy się pobawić w chowanego. Łaskawie zgodziłam się szukać pierwsza. Na początku znalazłam T. potem Prezes sam mi się pokazał, A. też sama się znalazła a kiedy w końcu odkryłam J. to on mi powiedział tak "jestem szczypiorkiem" (leżał schylony za płotkiem). Zastanawiacie się pewnie dlaczego nie powiedziałam kiedy go znalazłam. Bo sierota się z nami nie chciała bawić. Zdołowany został w domu i raz na jakiś czas wychodził sobie na balkon i przyglądał się naszym poczynaniem. W drugiej rozgrywce ukryłam się w takiej czarnej dziurze pod schodami i miałam dobry widok na niego kiedy raz na jakiś czas przechadzał się po balkonie. Kawaii. Potem coś tam marudził, że musimy być ciszej i siadłam sobie z Fortą (niedźwiedź M. czyli nowofunland taka wielka czekoladowa bestia) i zaczęłam sobie z nią kulturalnie rozmawiać o moim dylemacie. Czy pójść po dołować się z M. czy pobawić się z nimi? W końcu poszłam na chwilę do niego, nalałam sobie coś do picia i usidłam sobie na balkonie. Pisałam coś w temacie o spryskiwaczach. Nagle o tej drugiej w nocy okazało się, że tam działają spryskiwacze. Byłam cała mokra. Bo pierwsza się o nich przekonałam, a potem jeszcze parę razy mnie złapały, a raz sam Prezes mnie nimi zmoczył. W końcu gdzieś tak po trzeciej wszyscy wróciliśmy do pokoju filmowego. Poraliśmy chwilę w czarne historię i M. poszedł spać mówiąc coś o tym, że w sobotę ma dużo rzeczy do roboty. Phiii. Chłopaki zabrali mu laptopa i zaczęli przeglądać kwejka, chociaż mieliśmy oglądać 6 odcinek Gry o Tron, ale mi się już po 10 stronach kwejka nie chciało oczek otwierać. Potem rano ugoszczono nas śniadankiem i takie tam i wróciliśmy do domu. To był fascynujący dzień arrrr.

czwartek, 7 czerwca 2012

DO KLASZTORU!!!

Wcale nie chce mi się spać <zieeeew> no dobra może trochę, ale jeszcze mi nie śpieszno odpływać w objęcia Morfeusza. Mam jeszcze zamiar wam tu parę rzeczy powiedzieć. Takie tam na przykład, że w tej o to chwili na mocy Apaczowego prawa przywłaszczam sobie wszystko. Wszystko jest mojeeeeeee... fajnie nie. Nie dam Ci upaść głupi blogu. Będę tu pisać do zasranej śmierci, aż w końcu stwierdzę, że to wszystko nie ma sensu. W ogóle to jutro są "planszówki"

M**** to debil
M**** to tłók
I właśnie za to
Lofciam go siup

Ciekawe czy będzie P. Akordeonista *o*, to by było fajnie i w ogóle będę oglądać ten cały mecz Polska vs. Grecja, a potem GRA O TRON... To będzie epickie. Ejjj w sumi eto fajnie jakby się Akordeonista vel Mieszko pojawił to sobie poczytamy Pismo Święte arrrr...

Tako rzeczę jaaaa

A tak w ogóle to jak oni mogli zrobić z RENLY"EGO GEJA aaaaaaaa

i to do tego z LORASEM aaaaaaa

ja tego nie ogarniam ;P

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Mistyczność

Wieczór Trzech Króli

"...O jaki urok twarzy jego daje
Ten wyraz gniewu i gorzkiej pogardy
Miłość; jest zbrodnią, zdradza sama siebie
Bo noc miłości jest, jak dzień na niebie
Na róży wiosny tchnieniem rozwinięte
Honor i wszystko, co ludziom jest święte
Mimo twej dumy kocham cię bez granic
A rozum, dowcip i skromność mam za nic
Nie bądź okrutny, choć pierwsza tak śmiało
Duszy namiętność odkryłam Ci całą
Mów raczej; słodka miłość jest szukana
Choć stokroć słodsza będzie miłość dana..."


Wieczór trzech króli
W. Szekspira