Wszystko zaczęło się o 17.2coś kiedy razem z A** doszłyśmy pod JEGO dom. Po drodze dołączył do nas T******. Nie wierzcie mu, wcale się nie zgubiłyśmy, po prostu chciałyśmy poznać tą ulicę zupełnie z innej strony. Zresztą bardzo szybko się zorientowałam, że weszłam nie w tą uliczkę co trzeba. Kiedy doszliśmy do punktu naszego celu okazało się, że przyszliśmy pierwsi. Potem przez pokój filmowy przetoczyło się jeszcze wiele innych osób. Od ludzi dawno uznanych za zaginionych lub po prostu nie istniejących po znajomych ze szkoły i jakiś cichociemnych ktosiów chcących obejrzeć jedynie pierwszy mecz. (BUuuuuu nie było Akordeonisty TT___TT). Emocji było tak dużo, że szybko trzeba było otworzyć okno, ale może było to spowodowane po prostu dużą ilością osób. Przy pierwszym golu wszyscy wstaliśmy i zaczęliśmy krzyczeć, świętować i takie tam po prostu działo się, oj działo. W przerwie między połowami przeskoczyliśmy na turniej tenisa gdzie Djokovic grał z Federerem. Przeważająca ilość widzów była za Federerem (no oczywiście wszyscy oprócz mnie bo ja się nie znam na tenisie i to był w sumie mój pierwszy obejrzany kawałek meczu no i NIM, który jest wielkim fanem Djoko). Jeśli chodzi o mnie to... Djoko ma ładniejszą twarz arrrrr...
 |
| J(H)esus |
Taka jest moja teoria. Wrócę jeszcze do meczu Polska Vs Grecja. Moim idolem stał się zawodnik z numerem 7 z drużyny Grecji tak zwany H(J)esus, który w rzeczywistości nazywa się Georgios Samaras. Kyaaaaaa... Przy bramce Greków miałam ochotę położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Żeby było zabawniej została ona strzelona w momencie kiedy wyszłam z pokoju. Chciałam sprawdzić czy przynoszę pecha drużynie Hesus'a i wychodziłam jeszcze parę razy, żeby dać im szansę do zdobycia bramki, ale sierotom się nie udało. Ja tam się cieszę z remisu, już na wstępie zakładałam, że przerżniemy, a tu takie zaskoczenie. Można by powiedzieć, że zagrali lepiej niż zakładałam, BRAWOOOO POLACYYY. Potem oglądaliśmy jeszcze mecz Rosja Vs Czechy. W tym momencie mecz oglądałam jakoś tak mało rozumnie. Położyłam się na jakiejś wielkiej pufie, parę razy zostałam z niej zrzucona, grałam sobie w coś jeszcze i było przyjemnie. Później zaczęliśmy grać w Grę o Tron. Znowu grałam Greyoyami, co znaczy, że ON siedział koło mnie jako Stark'owie. Dlaczego to ja zawszę muszę tam grać, żeby było zabawniej jeszcze razem z Prezesem zmówili się na mnie i cały czas, któryś z nich mnie atakował. Potem jeszcze dochodziło do różnych zmów, w których ja miałam atakować Prezesa, a ON w razie co miałby mnie wspierać, co w sumie raz nawet zrobił (kyaaaaaa). Ale w ogóle gdybyście zobaczyły moją "pozycję" to byście się chyba pokładały ze śmiechu. Leżałam sobie na wielkiej niebieskiej pufie. Na moich plecach nogi trzymał Prezes, na tyłku A**, a trzy centymetry od mojej twarzy siedziała Ta Kaleka Społeczna ON. W końcu po trzech godzinach gry z przerwami na odgrywanie scen szekspirowskich w ogrodzie gospodarza, bieganiem jak idiotki po balkonie i zabawach z niedźwiedziem wymyśliłam genialny plan ja będę iść do przodu z moją niepokonaną konnicą ON niby przypadkowo będzie zajmował tereny, które ja opuszczę i w ten sposób w końcu wygra i ta gra się skończy (yatta!!). A tak w ogóle zapomniałam wspomnieć, że ON strasznie się załamał tym remisem i potem do końca dnia i do czwartej w nocy mocno zamulał i kiedy w końcu udało nam się skończyć tę grę (Dżonny wygrał) poszliśmy do ogrodu i postanowiliśmy się pobawić w chowanego. Łaskawie zgodziłam się szukać pierwsza. Na początku znalazłam T. potem Prezes sam mi się pokazał, A. też sama się znalazła a kiedy w końcu odkryłam J. to on mi powiedział tak "jestem szczypiorkiem" (leżał schylony za płotkiem). Zastanawiacie się pewnie dlaczego nie powiedziałam kiedy go znalazłam. Bo sierota się z nami nie chciała bawić. Zdołowany został w domu i raz na jakiś czas wychodził sobie na balkon i przyglądał się naszym poczynaniem. W drugiej rozgrywce ukryłam się w takiej czarnej dziurze pod schodami i miałam dobry widok na niego kiedy raz na jakiś czas przechadzał się po balkonie. Kawaii. Potem coś tam marudził, że musimy być ciszej i siadłam sobie z Fortą (niedźwiedź M. czyli nowofunland taka wielka czekoladowa bestia) i zaczęłam sobie z nią kulturalnie rozmawiać o moim dylemacie. Czy pójść po dołować się z M. czy pobawić się z nimi? W końcu poszłam na chwilę do niego, nalałam sobie coś do picia i usidłam sobie na balkonie. Pisałam coś w temacie o spryskiwaczach. Nagle o tej drugiej w nocy okazało się, że tam działają spryskiwacze. Byłam cała mokra. Bo pierwsza się o nich przekonałam, a potem jeszcze parę razy mnie złapały, a raz sam Prezes mnie nimi zmoczył. W końcu gdzieś tak po trzeciej wszyscy wróciliśmy do pokoju filmowego. Poraliśmy chwilę w czarne historię i M. poszedł spać mówiąc coś o tym, że w sobotę ma dużo rzeczy do roboty. Phiii. Chłopaki zabrali mu laptopa i zaczęli przeglądać kwejka, chociaż mieliśmy oglądać 6 odcinek Gry o Tron, ale mi się już po 10 stronach kwejka nie chciało oczek otwierać. Potem rano ugoszczono nas śniadankiem i takie tam i wróciliśmy do domu. To był fascynujący dzień arrrr.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz